Pogawędki

Styczeń 15, 2019Autor Administrator

KOMUNIJNE WSPOMNIENIA

Rok 1962 – grupa dzieci przyjmujących I Komunię w kościele Świętej Trójcy w Krzywiczynach.

Ilekroć widzę uroczyście przystrojone, przystępujące do pierwszej komunii świętej dzieci, wspominam własne dzieciństwo. Samych doznań duchowych już raczej nie pamiętam. Wspominam prezent, był najpoważniejszym w moim dzieciństwie. Mimo upływu blisko 60. lat pamiętam okoliczności w jakich moja chrzestna wręczyła mi zegarek naręczny. Do dziś w swojej kolekcji posiadam sprezentowany mi radziecki zegarek marki „Kirowskije”. Czy dostałem coś od chrzestnego? Nie pamiętam! Nie pamiętam też komunijnego przyjęcia. Coś mi się kojarzy, że chwalono mojego tatusia „Józef się postawił”. Wychowywał mnie sam, wspierany przez moją starszą o 12. lat siostrę. Mamusia zmarła młodo!

Nie zazdroszczę dzisiejszym „bohaterom” uroczystości, niewiele różniących się od teatralnych przedstawień. Tym bardziej ich rodzicom zmuszonym do zorganizowania niezapomnianego przyjęcia i zaproszonym gościom głowiącym się nad godnymi prezentami!

Wspominam też przygotowującego mnie do pierwszej komunii świętej młodego księdza Tadeusza Kaczorowskiego. Później uczyłem się też u niego ministrantury i posługi w czasie mszy świętej.

Jako dziesięciolatek zmieniłem miejsce zamieszkania. Nasze drogi życiowe rozeszły się. Spotkaliśmy się przypadkowo po wielu latach. Ksiądz Tadeusz był już emerytem zamieszkującym jako rezydent w kluczborskiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa (na stronie internetowej parafii brak informacji o tym). Odwiedzał znajomych w byłej parafii, a ja przyjechałem na groby rodziców. Wyglądał świetnie, o jego chorobie nie wiedziałem. Podszedłem by się przywitać. Nie rozpoznał mnie dorosłego. Na wypowiedziane nazwisko zareagował słowami „Stasiu? Mój ministrant!”. Byłem dumny, że pamiętał moje imię i okoliczności w jakich znaliśmy się.

Przez wiele lat nie myślałem zbyt często o księdzu Kaczorowskim. Słyszałem, że zmarł. Dopiero kiedy ja zostałem emerytem z przywilejem posiadania nadmiaru wolnego czasu, na widok dzieci pierwszokomunijnych, wspominając dzieciństwo, zapragnąłem dowiedzieć się czegoś bliższego o losach „mojego kapłana”.



Ksiądz Tadeusz Kaczorowski w 1962 r, przy kościele w Krzywiczynach.

Do internetowej wyszukiwarki wpisałem jego nazwisko. Nie wyświetlały się żadne informacje. Na stronie internetowej kluczborskiego kościoła także nie figurował w spisie byłych kapłanów. Skontaktowałem się z byłym wikarym z Kluczborka.

- Pamięta, że przez krótki czas ksiądz Tadeusz mieszkał na plebanii jako rezydent – poinformował ksiądz Kazimierz Kłapkowski - proboszcz parafii Narodzenia Św. Jana Chrzciciela w Polskim Świętowie – Energiczny i solidny, kojarzę go pozytywnie. Pochodził z Prudnika i wiem, że mieszkała tam jego siostra. Poznaliśmy się ale nie utrzymujemy kontaktu. Wcześniej był proboszczem we Włodarach.

Ułatwiło mi to poszukiwania. Za pośrednictwem proboszcza parafii w Prudniku ks. Stanisława Bogaczewicza nawiązałem kontakt z bratanicą ks. Tadeusza Renatą Kaczorowską Matacz.

Dysponowała biograficznym opracowaniem o swoim wuju:


Ś.P. KSIĄDZ PROBOSZCZ TADEUSZ KACZOROWSKI

Przed prymicją


Dnia 30 czerwca 1990 r. w Domu Księży Emerytów w Opolu odszedł do Pana ks. proboszcz Tadeusz Kaczorowski.

Urodził się 28 stycznia 1929 r. w Laszkach Murowanych, pow. Sambor, woj. Lwów. Po wojnie zamieszkał z rodziną w Prudniku. Tutaj też rozpoczął naukę w liceum dla dorosłych, które ukończył egzaminem maturalnym. W 1950 r. Jeden rok studiował filologię polską na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a gdy utworzono wyższe Seminarium Duchowne w Nysie podjął tutaj dalsze studia, ale już filozoficzno-teologiczne, by w ten sposób zrealizować nurtującą go już od dawna myśl poświęcenia się pracy kapłańskiej.

Proboszcz parafii św. Michała Archanioła w Prudniku o. Pius Bełcha OP, tak scharakteryzował młodego Tadeusza w piśmie skierowanym w dniu 4 września 1950 r. do rektora Wyższego Seminarium Duchownego w Nysie: „Proszę mi wybaczyć, że po terminie proszę o przyjęcie do Seminarium Duchownego kandydata, ale szkoda mi pozbawić naszej diecezji tak poważnego i dobrego powołania. Młodzieniec, który chce wstąpić do stanu kapłańskiego, to Tadeusz Kaczorowski. Znam go od dawna, jestem jego byłym katechetą i moderatorem w Sodalicji Mariańskiej. Oznaki powołania zdradzał już od dawna. Ale po zdaniu matury ubiegłego roku jeszcze się wahał jako, że jest melancholicznego temperamentu Obecnie po roku studiów polonistyki na KUL-u i zdaniu egzaminów, zdecydował się wstąpić do Seminarium Duchownego. Pochodzi z licznej rodziny, jest zdolny i pracowity, poważnie rzecz traktujący, często przystępuje do Sakramentów św. jest pobożny i szczerze oddany kościołowi. Za przynależność i pracę w Sodalicji mariańskiej nawet cierpiał. W Prudniku gdy uczęszczał do szkoły popołudniowej, podtrzymywał wiarę i ducha Chrystusowego w swym otoczeniu. We współżyciu z bliźnimi niesłychanie miły i pogodny. Materiał na dobrego kapłana”

Trzeba powiedzieć, że bardzo trafnie scharakteryzował ówczesny proboszcz parafii prudnickiej kandydata do kapłaństwa. Takim bowiem był też ks. Tadeusz w latach swej pracy duszpasterskiej. Wszystkich ujmował swą szczerością, wylewnością, koleżeńskością i gościnnością.

Święcenia kapłańskie otrzymał ks. Tadeusz z rąk biskupa Zdzisława Golińskiego, ordynariusza częstochowskiego w dniu 17 czerwca 1956 r. w katedrze opolskiej. Po święceniach został skierowany do pracy duszpasterskiej w charakterze wikariusza do parafii św. Michała Archanioła w Siołkowicach. Pracuje tutaj dwa lata. Następnie pracował jako wikariusz w parafiach: Najś. Serca Pana Jezusa w Bytomiu-Szombierkach (1958-1960) i św. Piotra i Pawła w Gliwicach (1960-1961). 

Dekretem z dnia 25 sierpnia 1961 r. został mianowany administratorem parafii Świętej Trójcy w Krzywiczynach. 

Ksiądz Tadeusz Kaczorowski udziela ślubu.

Przyjęcie weselne w Krzywiczynach.

Ksiądz Tadeusz Kaczorowski w towarzystwie organisty (pierwszy z lewej) na przyjęciu weselnym, które odbywającym się w pałacu w Krzywiczynach.

Po dwunastu latach przejmuje parafię Narodzenia NMP we Włodarach. Mocno przeżył w tej parafii pożar głównego ołtarza w kościele, co jeszcze bardziej osłabiło jego chore serce. W 1988 r. poprosił Biskupa Opolskiego o urlop zdrowotny. 

Jako rezydent mieszkał w parafii Najśw. Serca Pana Jezusa w Kluczborku. Z racji pogarszającego się stanu zdrowia przeniósł się po roku do Diecezjalnego Domu Księży Emerytów w Opolu. Na ile pozwalał mu stan zdrowia udzielał się chętnie pracy duszpasterskiej. Po powrocie z posługi kapłańskiej, z jednej opolskiej parafii umiera niespodziewanie w sobotę, dnia 30 czerwca 1990 r.



Pogrzeb śp. ks. Tadeusza Kaczorowskiego odbył się w parafii św. Michała Archanioła w Prudniku. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył bp Gerard Kusz. Śmiertelne szczątki zmarłego kapłana spoczęły na cmentarzu parafialnym obok grobu jego rodziców.

Śp. ks. Tadeusz Kaczorowski odszedł do pana w 62 roku życia i 34 kapłaństwa. Niech dobry Bóg obdarzy go nagrodą za wierną służbę.

Opracował ks. Bronisław Dołhan.

W okresie młodzieńczym

- Z tego co pamiętam wuja Tadeusza Kaczorowskiego, był bardzo otwartym i szczerym człowiekiem – wspomina Renata Kaczorowska Matacz. - Do Komorzna gdzie mieszkał jako proboszcz, jeździłam będąc dzieckiem. Mieszkał z moją babcią i dziadkiem. W naszej pamięci pozostał jako ciepły,wrażliwy i bardzo serdeczny wujo. Wszystkim nam udzielał ślubu,chrzcił nasze dzieci oraz bywał na komuniach. Był dla nas bardzo kochanym wujem księdzem.

Po prześledzeniu historii księdza Kaczorowskiego, nie można wykluczyć, że swoją postawą miał wpływ na kapłańskie powołanie księdza Franciszka Drendy, urodzonego w 1951 roku. Bardzo cenionego w Kluczborku budowniczego i proboszcza parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa (jego nazwiskiem nazwano jedną z kluczborskich ulic). Pod tym samym wezwaniem była parafia w Bytomiu Szombierkach gdzie ks. Kaczorowski w latach 1958-1960 był wikarym. Wychowywał się tam i był ministrantem Franciszek Drenda, który po latach zgodził się na zamieszkanie w swojej parafii przez ks. Kaczorowskiego.

- Smutne były okoliczności śmierci wuja Tadeusza Kaczorowskiego – opowiada Renata Matacz. - mimo że mieszkał w pełnym ludzi Diecezjalnym Domu Księży Emerytów w Opolu zmarł w samotności. Nagle przestał utrzymywać kontakt z rodziną. Było to niewiarygodne. W miejscu zamieszkania nikt nie wiedział co się z nim dzieje. Po interwencyjnych odwiedzinach najbliższych okazało się, że Tadeusz Kaczorowski zmarł we własnym łóżku i przez kilka dni nikt go nie odnalazł.

Ksiądz dr Stanisław Bogaczewicz, proboszcz parafii św. Michała Archanioła w Prudniku poinformował mnie, że nie odnalazł grobu księdza Tadeusza Kaczorowskiego w kwaterze z grobami księży. Nie wiedział, że mogiła znajduje się przy grobie rodziców księdza. Na stronie internetowej parafii brakuje też informacji, że ksiądz Tadeusz Kaczorowski pochodził z tej właśnie parafii.

Na stronach parafii we Władarach istnieje wpis: Ś.p. Ks. Tadeusz Kaczorowski posługiwał w parafii Włodary w okresie 28.10.1973 do 13.06.1988; Od wiosny 1988 do końca roku szkolnego jako pomocnik chorego ks. Kaczorowskiego posługiwał ś.p ks. Marian Milanik.

Informację o księdzu Tadeuszu Kaczorowskim można też odnaleźć na stronie internetowej opolskiej Kurii w zakładce „kapłani zmarli”.

Dlaczego z takim sentymentem wspominam swoją pierwszą komunię świętą? Czasami myślę sobie, że to żal za upływającą młodością. Wspomnienie beztroski dzieciństwa? Pamięć o tym, że można było bawić się cały dzień i nic nie bolało? Może sprawia to magia letniego miesiąca, rozbudzonego życia, pełnego kolorów i wspaniałych aromatów maja?!

Wspominał: Stanisław Banaśkiewicz - 15 maj 2019 r.

Bo życie jest karnawałem.


Losy i przygody młodej kluczborskiej podróżniczki śledziłem na gorąco kiedy opisywała je na swoim blogu: https://architrotamundos.wordpress.com/

Po jej powrocie zaproponowałem by opisała je również w tygodniku Kulisy Powiatu Kluczbork Olesno. Uznałem je jako godne przeczytania stąd niniejszy tekst.

Kluczbork: 22 grudnia 2018 r. Stanisław Banaśkiewicz.

Nazywam się Natalia Lidia Arczyńska. Mam 22 lata. Oryginalnie Kluczborczanka, z wyboru Krakowianka, a ostatnio Meksykanka :). Staram się żyć zgodnie z dewizą sławnego Polaka, która mówi "Nie lękajcie się".

Możliwość taniego podróżowania i zwiedzania świata poznałam kiedy wujek zabrał mnie i swoją córkę na wycieczkę do Jemenu i Erytrei. Wtedy też zrodziła się we mnie chęć wielkiej przygody. Zrozumiałam jak ważna jest znajomość języków obcych. Prócz angielskiego zaczęłam się uczyć hiszpańskiego. Śledziłam oferty biur podróży i linii lotniczych. Kiedy tylko znajdowałam tanią ofertę kupowałam bilet. W ten sposób zwiedziłam prawie całą Hiszpanię, Izrael, północne Maroko, kawałek Włoch, Portugalię.

Ostatnie wakacje były dla mnie wyjątkowe. Wybrałam Meksyk przez... tanie bilety. Kupując je, nie sądziłam, że ta podróż zmieni moje życie. Zawsze marzyłam o Ameryce Łacińskiej. Wyobrażałam sobie ten świat jako kolorowy, pełny życia, słońca i śmiechu. Fascynowały mnie kultury indiańskie, radość życia mieszkańców i oczywiście naturalna skłonność do tańca!

Pojechałam sama! Chciałam poznawać, zdobywać wiedzę, smakować nowych smaków, czuć nowe zapachy, pocić się pod niemiłosiernym słońcem, zaprzyjaźnić się z lokalsami i przetańczyć noc niejedną w tłocznych i radosnych latynoskich barach.

Był to mój pierwszy raz w Ameryce Łacińskiej. I w niczym mnie zawiodła!

Moją wyprawę mogłabym opisać w trzech fascynujących słowach: Autostop, muzyka i ludzie. Przez trzy miesiące odwiedziłam Meksyk, Gwatemalę i Belize. Przejechałam ponad trzy tysiące kilometrów "na stopa", poznałam całą masę ciekawych ludzi z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt i prześpiewałam dziesiątki piosenek na ulicach miast i w barach, zbierając napiwek "do kapelusza".

W czerwcu wylądowałam na Jukatanie, gdzie przez trzy miesiące jeździłam autostopem po wielkich autostradach i na zakurzonych drogach, pośrodku niczego, pod palącym słońcem. Stołowałam się na bazarach czy w jadłodajniach wraz z lokalsami. Przez cały czas towarzyszyła mi muzyka; czy to z otwartego okna od kogoś w domu, czy to od muzyków na ulicy.

Przez całą moją podróż korzystałam z gościnności tamtejszych ludzi poprzez portal couchsurfing.com. Dzięki niemu mogłam porozumieć się z mieszkańcami danej miejscowości i z nimi na jakiś czas zamieszkać. Za każdym razem gościli mnie tak ciepło i serdecznie, że pomimo planów, zostawałam kilka dni dłużej. I tak za każdym razem!

Kiedy wylądowałam w Meksyku, w mieście Cancun, miałam zarezerwowane tylko dwa dni w hostelu. Wiedziałam, że nie mogę przez cały pobyt mieszkać w hostelach, dlatego już następnego dnia zaczęłam szukać "hosta" czyli gospodarza, który by mnie przyjął w następnej miejscowości. 

Mimo to, że nie miałam dużo czasu, ktoś zgłosił się prawie od razu! Pełna obaw pojechałam do Tulum, turystycznego miasteczka, gdzie zostałam przyjęta przez dziennikarza Hectora. Okazało się, że ten pobyt to był strzał w dziesiątkę! Hector zabrał mnie na pobliskie ruiny piramid Majów, a także do miasteczka Tihosuco, gdzie spotkaliśmy rdzennych, nowoczesnych Majów (u których zamieszkałam 2 miesiące później).

Opowiedział mi kompleksowo o aktualnej sytuacji politycznej w Meksyku (przy okazji wyborów prezydenckich) a także o kulturze, literaturze i obyczajach. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam sobie "Wiem, że wszystko będzie dobrze." 

Przy okazji kolejnego pobytu na couchsurfingu w zabytkowym portowym mieście Campeche, trafiłam do domu Kike, młodego Meksykańskiego artysty, który ostatnie kilka lat spędził mieszkając w Argentynie. Mówił/opowiadał on, że pomimo zamieszkania w tak odległym kraju (odległość z Meksyku do Argentyny jest mniej więcej taka jak z Polski do Meksyku), to czuł się tam jak w domu. Mimo wielu różnic wszystkie kraje latynoskie mają bardzo podobną mentalność, która opiera się na przekonaniach jedności, braterstwa i zdumiewającą zdolność budowania rodzinnej atmosfery.

Jak mówił sam Kike, "My, ludzie Ameryki Łacińskiej jesteśmy jak jedna wielka rodzina. Gdziekolwiek pojadę, tam będę u siebie, bo wszyscy jesteśmy Latynosami. Cały nasz kontynent jest opanowany przez ludzi podobnej mentalności, a zarazem mamy setki różnych kultur.

Pomimo innych miejsc, krajów, granic jesteśmy tacy sami." Na pewno nie widziałam wszystkiego. Nie poznałam dobrze drugiej strony tej części świata. Owszem, są gangi kontrolujące przemysł. Handel nielegalnymi rzeczami kwitnie. Ale myślę, że można oceniać miejsce po tym, czego doświadcza się na codzień. Nie od święta, ani nie widząc tylko negatywy.

A na codzień spotykałam się z wielką serdecznością i zawsze z chęcią pomocy. Ten 3-miesięczny pobyt nauczył mnie bardzo wielu rzeczy. Przede wszystkim tego, że za pieniądze niewiele rzeczy można kupić (tylko te materialne), że warto się uśmiechać i mówić, że mimo wszystko jednak wszystko jest w porządku i żeby nie pędzić tak nie wiadomo gdzie, tylko lepiej czasem przystanąć, rozejrzeć się, pomyśleć jaki kierunek obrać i wtedy iść spokojnie dalej.

Niefortunnie się stało, że w domu Kike pierwszy raz zachorowałam. Zatruła mnie ryba, którą jedli wszyscy, lecz ucierpiałam tylko ja. W podróży się takie rzeczy zdarzają i mimo, że mentalnie, byłam kompletnie zaaklimatyzowana, moje ciało potrzebowało więcej czasu, żeby przyzwyczaić się do nowych warunków i nowego jedzenia. Musiałam poprosić Kike o zostanie jeden dzień dłużej w jego domu, z jego rodziną. Wycieńczona chciałam spać wtedy cały dzień. Nie dość, że nie było to dla nich problemem, to jeszcze ku mojemu zaskoczeniu, Kike został wtedy ze mną cały dzień, rozmawiając ze mną i doglądając, czy niczego mi nie potrzeba. Po raz kolejny pomyślałam sobie, że wszystko w tej podróży będzie dobrze. Aż ciężko wyrazić jak bardzo ucieszyła mnie ta typowa latynoska otwartość i naturalna chęć pomocy, szczególnie wtedy, gdy tego potrzebowałam. Ludzie wychodzili do mnie z sercem na dłoni. Zawsze ciekawi mnie, czyli przybyszki z innego świata, z innej kultury.

Negatywne sytuacje? Się zdarzyły, ale to tak jak w życiu. Przez 3 miesiące nie czułam się już, że przybywam z krótką wizytą, ale mieszkam tam, żyje. To nie jest tylko krótka przerwa od rzeczywistości, ale ten świat stal się moja rzeczywistością! Negatywne sytuacje się zdarzyły, ale mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki, z resztą były one kompletnie nic nie znaczące. Nic poważnego ani niebezpiecznego.

Na prawie sam koniec mojej wyprawy, przy okazji wizyty w malutkim państewku Belize, niespodziewanie trafiłam na święto narodowe tego kraju, a przy okazji wielką imprezę i oczywiście karnawał! Wielki, poprzedzony miesiącami przygotowań pochód z setkami a może tysiącami przebranych kolorowo ludzi tańczących na ulicach, z radosnymi dźwiękami zarówno z głośników jak i z żywych instrumentów pod gorącym słońcem był kondensacją tego, czego nauczyłam się w Ameryce Latynoskiej - że życie to karnawał i jak coś robić, to z rozmachem!


Na moją podróż zarobiłam w parę miesięcy pracując jako kelnerka w krakowskiej restauracji. Myślę, że każdy może wyruszyć w taką podróż, bo często okazuje się, że rzeczywistość jest bardziej przyjazna niż by się mogło wydawać. Bo jak mówi słynny cytat z kubańskiej piosenki "Ay, nie ma po co płakać, bo Życie jest karnawałem!".

Zdjęcia przypisane są do opisów ciekawych przygód. WARTO ZAPOZNAĆ SIĘ Z ORYGINAŁEM! https://architrotamundos.wordpress.com/





ZŁOTO U FORYTÓW

 W dniu 12 grudnia 2017 r. 40 par, które w 1967 roku zawarły związek małżeński obchodziło jubileusz "Złotych Godów" wśród nich Janina i Paweł Forytowie.

Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki wręczył małżonkom, nadane przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudę, medale okolicznościowe za długoletnie pożycie małżeńskie oraz pamiątkowy list gratulacyjny i upominek,



Zorganizowana przez U M w Oleśnie uroczystość odbyła się w restauracji "U Wąsińskich"  w Świerczu.
Recepta na tak piękny staż małżeński według Jubilatów jest prosta - wzajemny szacunek, wyrozumiałość i wzajemne komplementy bez okazji.

"Dzień kobiet z MasterChefem"
Wiosną 2016 wzięłam udział w konkursie organizowanym przez Centrum Handlowe Karolinka w Opolu, dotyczącym wypieków i szczęśliwym trafem wygrałam - gotowanie na scenie z Damianem Kordasem.

Razem ze zwycięzcą programu kulinarnego MasterChef przyrządzaliśmy pieczone jabłka z kruszoną i mus czekoladowo- pomarańczowy...mniammm palce lizać ;) Emocji było co niemiara, tym bardziej, że uścisnęłam dłoń samego Michela Moran i mogłam z bliska przyjrzeć się swojej idolce gastronomicznej Magdzie Gessler.
Ten pełen wrażeń dzień kobiet, na długo pozostanie w mojej pamięci, jak i nagroda dodatkowa- smak parówek "Besos" Pani Gessler.
Kasia Gorzołka

GOŚCIŁEM W SEJMIE RP




Od lewej: Jakub Krawczyk, Tobiasz Kansik, MIchał Sosnowski, Szymon Maryniak.


SEJM DZIECI I MŁODZIEŻY


Dnia 1. czerwca br. czworo uczniów naszej szkoły wzięło udział w posiedzeniu Sejmu Dzieci i Młodzieży. Był to Jakub Krawczyk, Szymon Maryniak, Michał Sosnowski oraz ja – Tobiasz Kansik. Trochę wcześniej, bo w poniedziałek 29. maja w urzędzie wojewódzkim w Opolu wspólnie odebraliśmy nasze mandaty poselskie. Całe to przedsięwzięcie było dla nas czymś nowym i tajemniczym. Aby dostać się na posiedzenie SDiM musieliśmy przygotować projekty dotyczące przestrzeni publicznej jako miejsca wolnego od symboli propagujących systemy totalitarne oraz upamiętnić lokalnych bohaterów. Projekt mój i Kuby został tak wysoko oceniony, że dodatkowo dostaliśmy się na posiedzenie komisji, które miało miejsce dnia 13. i 14. maja w Sulejówku oraz Warszawie. Podczas tego spotkania, wraz z dwoma najlepszymi zespołami z każdego województwa, przygotowywaliśmy projekt uchwały, która podlegała głosowaniu na posiedzeniu całego Sejmu. Pracowaliśmy w trzech podkomisjach. Każda z nich przygotowywała jedną z trzech części głównej uchwały. Nasza grupa rozmyślała nad częścią dotyczącą szerzenia pamięci o lokalnych bohaterach oraz ich upamiętniania. Następnie ustaliliśmy jakie pytania zostaną zadane Pani Minister Edukacji (która ostatecznie nie pojawiła się na posiedzeniu młodzieży).Wieczorami zwiedziliśmy trochę Warszawy. W środę 31. maja rano wyjechaliśmy w kierunku stolicy. W ten dzień IPN zapewnił nam atrakcję, którą była zwiedzanie zapomnianych miejsc w Warszawie. Następnego dnia rano, już w garniturach, udaliśmy się na główne posiedzenie Sejmu Dzieci i Młodzieży. Obrady przebiegły pomyślnie. Jak co roku, nie odbyło się bez małych skandali. Przeciwnicy uchwały mieli przygotowane gwizdki aby zakłócić obrady, lecz nie udało im się to, ponieważ zostały one odebrane przy wejściu do Sejmu. Ostatecznie uchwała została przyjęta ponad 400. Głosami poparcia. Podsumowując, Sejm Dzieci i Młodzieży to projekt w którym można się wykazać, a przy tym zdobyć doświadczenie oraz zafundować sobie niezapomniane przeżycia.


~ Tobiasz Kansik

Stypendia Burmistrza Olesna oraz nagrody za osiągnięcia w roku szkolnym 2016/2017 rozdane.
2. Kansik Tobiasz – bardzo dobre wyniki w nauce – średnia ocen 5,50, poseł XXIII sesji Sejmu Dzieci i Młodzieży;



KTO JESZCZE PAMIĘTA?




Florian Antoni Budniak – „Borsuk”, „Halicz”, „Andrzej” - profesor, leśnik, żołnierz Września, kapitan Wojska Polskiego, członek Armii Krajowej. Prawdziwy Polak i patriota. Urodził się 17 czerwca 1910 roku w Boroszowie na Śląsku Opolskim. Rodzice: Franciszek – żołnierz I wojny światowej, leśniczy w Sarnicach i Maria z domu Grzęda.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Florian_Antoni_Budniak

https://www.google.pl/search?q=Florian+Budniak&ie=utf-8&oe=utf-8&client=firefox-b&gfe_

rd=cr&ei=pXHTWPrZFPLM8geMpLK4Cw




Zwiad I batalionu 74 pp. W środku w drugim rzędzie dowódca 2. kompanii
kpt. „Andrzej” (Florian Budniak), w prawo por. „Łeb” (Skoczyński), pchor. „Sznapsik” (Andrzej Konarski), pozostali NN.
wyszukała: Elżbieta Kowalska

Dziękuję za informację o Florianie Budniaku. Niestety nie ma o nim żadnej wzmianki w księdze chrztów, a powinno być, skoro urodził się w Boroszowie! Może była to ewangelicka rodzina,  co jest bardzo mało prawdopodobne! Może został ochrzczony w Oleśnie, ale z tego czasu nie ma tam  ksiąg metrykalnych. 

                                                                                                                                                ksiądz Bernard Joszko







Przy tradycyjnym skubaniu pierza zorganizowanym przez Anielę Gorzołka byłem wystarczająco długo by zrobić zdjęcia i wspomnieć dzieciństwo. Zauważyłem, że tak jak przed laty mojej mamie, tak i teraz, robota paliła się kobietom w rękach. Nie zważały przy tym na łatwopalność materiału! Opowieściom różnych historii, żartom i jak to przy takich okazjach bywa, zwykłego plotkowania nie było końca. - Norbert Krawczyk


Także Krystyna Kajda w ramach umilania zimowych popołudni zaprosiła grupę Pań do wyskubania pierza.




zdjęcia: Sławomir Korzonek
Felieton Marka Szołtyska świetnie oddaje także atmosferę boroszowskich wyszkubków!

http://slask.onet.pl/szkubki-czyli-darcie-pierza-na-slasku-felieton-marka-szoltyska/4h4ej



WCIĄŻ O NIM PAMIĘTAMY


Paweł Tkocz – urodzony 30 grudnia 1912 roku w Orzepowicach koło Rybnika, wyświęcony 12 maja 1940 roku w Krakowie. Studia teologiczne odbył w latach 1936-1939 na Uniwersytecie Jagielońskim, a następnie w seminarium u księży salwatorianów na Zakrzówku. Po wojnie przeszedł do diecezji. Dnia 10 lipca 1948 roku został administratorem parafii św. Rodziny w Gliwicach. Proboszczem parafii Biskupice został 3 marca 1951 roku, a 7 marca objął parafię i pracował tutaj przez blisko 30 lat. W czasie swojej pracy dokonał generalnego remontu kościoła św. Jadwigi i częściowego remontu kościoła św. Marii Magdaleny w Boroszowie. Wiele też prac zostało wykonanych przy kościele św. Jacka. W swojej pracy duszpasterskiej szczególny nacisk kładł na katechezę dzieci i młodzieży. Warto odnotować, że w 1957 roku ks. Tkocz przygotował z młodzieżą pozaszkolną sztukę teatralną opartą na czwartym przykazaniu pt. „Czcij Ojca”. W przedstawieniu brało udział 21 osób. Sztuka ta była wystawiana nie tylko w parafii ale w kilku okolicznych miejscowościach.
Ks. Tkocz miał szczęście w czasie swego duszpasterzowania prowadzić trzech młodych parafian do ołtarza Pańskiego jako kapłanów. Szczególnie ciężki okres jego pracy w Biskupicach to lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, kiedy trwała ostra walka państwa z Kościołem. Ks. proboszcz Tkocz zawsze stał zdecydowanie w obronie wolności misji Kościoła, a szczególnie mocno bronił własności parafialnej. W tych sprawach był nieustępliwy, co ściągnęło na niego wiele szykan i zniewag ze strony władz. Nie bał się przy naruszaniu praw Kościoła kierować pisemnych skarg nawet do najwyższych władz partyjnych. Miał wiele nieprzyjemności z Urzędem Finansowych z Olesna, za niepłacenie czynszu za budynki parafialne, które po II wojnie światowej na Ziemiach Zachodnich zostały przez państwo upaństwowione jako „poniemieckie”. Za nieuiszczenie tegoż czynszu, 5 stycznia 1960 roku, przeprowadzono na plebanii egzekucję komorniczą. Miała ona bardzo nieprzyjemny przebieg. Szukano najpierw „kosztowności” w prywatnym mieszkaniu proboszcza, a kiedy tam takowych nie znaleziono, zabrano z kancelarii parafialnej kasę pancerną. Do komisji komorniczej należeli: kierownik wydziału komorniczego Paweł Wiechuła, egzekutor Stefan Zając i jeden milicjant. Przy akcji byli obecni miejscowy sołtys Paweł Kopyto i radni: Ryszard Wodara i Ignacy Wichary.
W tamtym czasie wiele razy proboszcz był dręczony odwiedzinami milicji i innych urzędników. Często wcześniej ostrzeżony, ukrywał się u rodziny Wilhelmów w Boroszowie. Raz nawet przez trzy dni przebywał poza plebanią, kiedy poinformowano go, że znajdowali się przed nią ludzie ówczesnej władzy, którzy czekają na niego. W czasie swego duszpasterzowania będąc nieugiętym w obronie spraw parafialnych musiał przeżyć wiele przykrych rozpraw sądowych.
Pod koniec 1979 roku ciężko zachorował. Zmarł 8 lipca 1980 roku u swoich krewnych w Rybniku. Tam został pochowany na miejscowym cmentarzu.
(Wypis z książki ks. Bernarda Joszko pt. Parafia Biskupice koło Olesna. Z dziejów kultury i życia religijnego.)
- Kiedy zostałem przydzielony do posługi kapłańskiej w Biskupicach nie było tam już ks. Tkocza – wspomina ks. Bernard Joszko. - Planowałem spotkanie z nim ale nie zdążyłem poznać księdza osobiście. Był on wprawdzie na mojej prymicji w Oleśnie ale wiem to tylko ze zdjęcia.
A koniec jest początkiem i nową nadzieją…
Ks. dr. Paweł Tkocz gdy ogarnęła go choroba, powrócił do domu rodzinnego w Rybniku. Tam opiekowała się nim bratanica Krystyna Wieczorek wraz z mężem Gerhardem. W domu rodzinnym był pod opieką lekarską, duszpasterską i rodzinną. Zmarł 08.07.1980r. w Rybniku.




- Przygotowany wcześniej krótki opis życia księdza doktora Pawła Tkocza powstał na podstawie wspomnień rodzinnych, przekazanych od zmarłych rodziców i starszego rodzeństwa – opowiada Krystyna Wieczorek, bratanica księdza. - Członkowie rodziny, którzy żyli w tamtym czasie mogli by więcej na temat dziadków i wujków powiedzieć, ale zmarli dawno temu. W rodzinnych Orzepowicach zostałam tylko ja i siostra Teresa. Urodziłyśmy się później i wujka pamiętamy tylko jako kapłana. Najmłodsza bratanica księdza urodziła się cztery lata po prymicjach. Rodzice ks. Tkocza byli gospodarzami. Siebie i dziewięcioro dzieci utrzymywali z ciężkiej pracy na roli. Wraz z mężem Gerhardem opiekowaliśmy się księdzem Pawłem Tkoczem po powrocie do domu rodzinnego. Był ciężko chory na cukrzycę i częściowo sparaliżowany po wylewie. Mimo naszej troskliwości choroba szybko postępowała. Po krótkim czasie zmarł. Po śmierci zajęliśmy się pogrzebem wujka, Wspomnienia i słowa podziękowania w czasie uroczystości pogrzebowych wygłosił w imieniu rodziny ksiądz Konrad Szweda, kuzyn zmarłego.

Wujek przyjaźnił się z pochodzącym z Boroszowa księdzem Alojzym Jurczykiem, który odwiedzał nas także po jego śmierci.




W zbiorach rodzinnych pozostały nieliczne stare fotografie dokumentujące historię księdza Pawła Tkocza.




Wyjazd na prymicje z domu rodzinnego.


W czasie odprawiania mszy świętej.



Pogrzeb Teodora Tkocza 1960r, na zdjęciu Ks. Dr. Paweł Tkocz (brat) i Ks. Prałat Konrad Szweda (kuzyn).



W ogrodzie podczas prac przy pszczołach.





Grób na cmentarzu parafii Matki Bożej Bolesnej w Rybniku.
SIT PORTA COELI (brama światów przez, którą przechodziło się do chwały niebiańskiej) – swobodne tłumaczenie słów.- niech ci brama otwartą będzie.

- Księdza Pawła Tkocza pamiętam jako naszego proboszcza – wspomina Norbert Krawczyk (lat 55) z Boroszowa. - Ksiądz prowadził przy plebanii gospodarstwo. Hodował owce, drób, pszczoły. Nie było problemów z koszeniem trawy wokół plebanii. Uprawiał działkę i miał dużo własnej karmy dla zwierząt. Zdarzało się, że prosił parafian aby przywieźli mu paszę. Bywało, że tata zabierał mnie gdy jechał do księdza i zawoził mu np. buraki. Ksiądz zawsze kojarzył mi się z noszonym na głowie dużym kapeluszem.


Zebrał i opracował: Stanisław Banaśkiewicz






Ze wspomnień Herberta Schneidera zamieszkującego w Eggenstein-Leopoldshafen /Niemcy/.

Herbert Schneider z żoną Marią w czasie uroczystości strażackich w Boroszowie.

Im jestem starszy, tym częściej wspominam młodość. To chyba naturalne dla wszystkich ludzi! Teraz też bardziej rozumiem swoją matkę Katarzynę Schneider zd. Wodarczyk. Urodziła się w dniu 21 lutego 1901 roku w Boroszowie. Wraz z mężem prowadziła tam gospodarstwo rolne. Przez długie lata wysłuchiwałem opowieści mojej mamy. Z sentymentem wspominała swoją młodość. Zawsze też opowiadała o rosnących w Broszowie starych dębach i drewnianym, zabytkowym kościółku.

Wspominaliśmy też dziadka, który był bardzo uczynny i postępowy jak na swoje czasy.

Dziadek Fryderyk Wodarczyk, interesował się bardzo życiem swojej wioski. W okresie zimy, a zimy bywały bardzo mroźne, zaprzęgał konie do sań, przygotowywał słomę, wkładał pomiędzy nią gorącą cegłę, która dodatkowo ogrzewała. Dzieciom, które z własnej inicjatywy zawoził do szkoły w Oleśnie było cieplej. Normalnie dzieci musiały chodzić do Olesna pieszo. Wieczorem jechał ponownie i przywoził dzieci do domu. Były to ciężkie czasy. W lecie nauki w szkole nie było gdyż dzieci musiały pomagać swoim rodzicom w polu.

Ponieważ pola i łąki były bardzo mokre i w okresie deszczowym nie można było ich uprawiać, mój dziadek wykonał melioracje łąk i pól. Już przed stu laty umożliwił innym chłopom odwodnienie pól. Dopiero po osiemdziesięciu latach okazało się, że melioracja zaprowadzona przez mojego dziadka była przestarzała i znów łąki i pola zalewała woda.

Mój dziadek był nie tylko pomysłowy ale i odważny w swoich poczynaniach.

Pewnego dnia właściciel posiadłości zatrzymał mu gęsi, które znajdowały się na jego polu zbierając ziarnka po żniwach. Zatrzymał te gęsi uznając, że będą rekompensatą za „wyrządzoną szkodę”. Prawo było po stronie „pana”, a ponadto wszyscy się go bali. Przypadek chciał, że krótko po tym zdarzeniu na polu mojego dziadka znalazły się konie właśnie tego właściciela. Pasły się na dziadkowej łące. Dziadek zatrzymał konie i powiedział, „jeżeli mi oddasz moje gęsi, oddam konie”. Właściciel majątku nie miał innego wyjścia. Oddał gęsi. Dziadek zwrócił konie. Od tego czasu miał duży respekt przed moim dziadkiem zwanym „starym Fryderykiem”.

Gdy nadszedł czas, dziadek przekazał synowi całe gospodarstwo. Nie chciał jednak patrzeć jak inni rządzą na jego gospodarstwie. Opuścił Boroszów i wybudował dla siebie, żony i córki nowe gospodarstwo w Oleśnie przy ulicy Opolskiej.

Herbert Schneider wraz z żoną Marią często bywają w Polsce. Odwiedzają wtedy także Boroszów. Chodzą do kościoła i do parku, w którym rosną pomnikowe dęby.

Niejednokrotnie gdy wspominam swoją mamę i jej umiłowanie do ziemi boroszowskiej marzę by znalazł się ktoś, kto posadzi nowe dęby w miejsce tych, które pousychały już. Jedno z takich drzew można by poświęcić pamięci byłych mieszkańców Boroszowa. Tych rozproszonych po świecie w latach odległych, ale też wyjeżdżających obecnie.

Wysłuchał Stanisław Banaśkiewicz foto. N.Krawczyk



ZNANY BOROSZOWIANIN


Wspomnienie o ks. Alojzym Jurczyku

Ksiądz radca Alojzy Jurczyk proboszcz największej parafii Raciborza - Urodził się 29 maja 1933 r. w Boroszowie koło Olesna jako syn Franciszka i Agnieszki zd. Kubosch. W dniu 5 czerwca 1933 roku został ochrzczony, a w dniu 6 października 1942 roku przyjął sakrament bierzmowania. Zawsze podkreślał, że z domu wyniósł dobre wychowanie katolickie. Po maturze, w 1952 r., wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Nysie razem z m.in. obecnym ks. abp. Alfonsem Nossolem. Święcenia kapłańskie otrzymał, 23 czerwca 1957 r., w Katedrze Opolskiej z rąk ks. bp. Franciszka Jopa. Pracę duszpasterską rozpoczął w parafii Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Opolu-Królewskiej Nowej Wsi. Przez kilka następnych lat był wikariuszem u św. Jacka w Bytomiu, a potem w Grudyni Wielkiej. Niedługo potem został tam mianowany administratorem. Te nowe, trudne obowiązki młody jeszcze kapłan potraktował jako wezwanie i już wtedy wykazał się wielkimi zdolnościami organizatorskimi i gospodarczymi. Między innymi dlatego ks. biskup w 1976 r. powierzył mu większą parafię p.w. Trójcy Świętej w Korfantowie. Z dniem 17 października 1976 r. został mianowany proboszczem par. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Raciborzu i uroczyście wprowadzony na urząd. Parafią kierował przez 29 lat i nie ma wiernych, którzy nie potwierdziliby, że był dobrym gospodarzem. Proboszcz dbał o swą parafię, zarówno duchowo, jak i od strony gospodarczej, np. zmierzył się z budową plebanii i domu katechetycznego. Z tego okresu parafianie zapamiętają go jako aktywnego i dobrego spowiednika oraz kaznodzieję. Był człowiekiem bardzo wrażliwym na ludzką krzywdę i biedę. Często śpieszył z pomocą materialną ludziom potrzebującym. Znał i kochał swoich parafian, był ich gorliwym duszpasterzem. Jego kazania z wątkami historii parafii i dygresjami na temat osobistych doświadczeń do dzisiaj są komentowane. Nigdy nie prosił z ambony o pieniądze na kościół. W dniu 29 maja 1993 roku otrzymał godność Radcy Duchownego.
Odejście księdza, poprzedziły trzyletnie zmagania z chorobą nowotworową. Zmarły proboszcz przebywał w różnych szpitalach, a po powrocie z kuracji starał się natychmiast włączać w życie parafialne. Zdawał sobie sprawę z rozwoju choroby, ale ciągle żył chrześcijańską nadzieją, że dane mu będzie powrócić do zdrowia. W uroczystość Bożego Ciała 72-letni ksiądz Jurczyk niósł monstrancję do pierwszego ołtarza. Był słaby fizycznie, ale mocny duchem, długo wodził wzrokiem za oddalającą się procesją wiernych. Wydawał się pogodzony z chorobą, ale i pogodny, nikt nie spodziewał się, że to będzie jego ostatnie procesyjne wyjście z wiernymi.
Tydzień przed śmiercią jego życzeniem był powrót do domu przy ul. Wczasowej. Przyjął wielu parafian, znajomych i przyjaciół. Miał świadomość, że widzi ich ostatni raz. Żegnał się z nimi, przepraszał, prosił o modlitwę, błogosławił. Kilka tygodni wcześniej ostatni raz odwiedził groby krewnych w rodzinnej miejscowości.


Cmentarz w Boroszowie. Groby rodziców i braci ks. Jurczyka
fot. Norbert Krawczyk
Zmarł w piątkowy wieczór, 15 lipca 2005 roku. Wcześniej sam wskazał miejsce swojego pochówku na cmentarzu "Jeruzalem", a do wiernych zwrócił się słowami testamentu: "Parafianom serdecznie dziękuję za życzliwość okazywaną i współpracę w wielu inwestycjach parafialnych. Proszę o pamięć modlitewną i odwiedzanie mojego grobu, gdyż rodzinę mam daleko".



W dniu Święta Zmarłych kapłani i wierni nie zapominają o swoim zmarłym proboszczu. Modlą się przy jego grobie i stawiają znicze.

W dzień Wszystkich Świętych na skromnym grobie z prostym drewnianym krzyżem, tuż obok ukrzyżowanego Chrystusa, stoją kwiaty i płoną znicze. Co chwilę ktoś przystaje, przyklęka, by zmówić "Wieczny odpoczynek", tak jak życzył sobie ksiądz proboszcz Alojzy Jurczyk.



Około trzy tysiące wiernych zgromadził, 20 lipca, pogrzeb śp. ks. Alojzego Jurczyka, wieloletniego proboszcza parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Raciborzu. Mszę św. żałobną sprawował ks. bp Jan Kopiec.


W rocznicę śmierci, przy grobie księdza Alojzego Jurczyka odprawiono Mszę Świętą.

Wybrał Stanisław Banaśkiewicz. Zdjęcia z cmentarza i pogrzebu ze zbiorów Parafii NSPJ w Raciborzu



Pośród zgromadzonych przez byłą mieszkankę Boroszowa Helenę Solarz zd. Jurczyńska pamiątek, zachował się obrazek z mszy prymicyjnej pochodzącego z Boroszowa księdza Alojzego Jurczyka.


Jadwiga Haładyn zd. Jurczyk urodzona w 1937 roku, zam. Kozłowice, jest jedyną żyjącą z rodzeństwa ks. Alojzego Jurczyka.
W zamieszkującej w Boroszowie rodzinie Franciszka i Agnieszki Jurczyków urodziło się dziesięcioro dzieci. Sześciu synów i cztery córki. Syn Alojzy urodził się w 1933 roku jako czwarte dziecko. Dzieci wychowywano w głębokiej wierze katolickiej. Ojciec zachęcał dzieci do codziennej wieczornej modlitwy różańcowej. Modlitwę najczęściej prowadziły najstarsze dzieci.
- W tym czasie wielodzietność była powszechna - opowiada Jadwiga Haładyn. - Rodzice bardzo się starali by dzieci żyły dostatnio. Do prac domowych włączano wszystkich. Wszystkie dzieci uczyły się w szkole. Największe zdolności wykazywał Alojzy. Sytuacja materialna rodziny pogorszyła się najbardziej pod koniec II wojny światowej. W styczniu 1945 roku naszego ojca zabrali "Ruscy". Wrócił w 1947 roku, okazało się, że przymusowo pracował w Rosji. Po wkroczeniu Ruskich do Boroszowa zabrali nam bydło, a świnie wybili. Zabrali też konia. Uciekał od nich cztery razy i wracał do domu. Mama musiała sobie radzić sama. My jako dzieci musieliśmy pomagać w pracach gospodarczych. Chodziliśmy też do lasu na jagody i grzyby, mieliśmy co jeść.
Wszystkie dzieci w rodzinie wyuczyły się jakiegoś zawodu. Tylko Alojzy podjął naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Oleśnie. Uczył się bardzo dobrze. Po ukończeniu proponowano mu wyjazd na studia do Związku Radzieckiego. Odmówił.
- O tym, że Alojz podjął studia w seminarium dowiedziałam się znacznie później - kontynuuje Pani Jadwiga. - W tamtym czasie, ówczesne władze źle patrzyły gdy ktoś chciał się uczyć za księdza. Rodzice nie wtajemniczali więc nas co do planów dalszej nauki naszego brata.  On sam też nie dał tego po sobie poznać. Jako chłopak był  "normalny" i chodził z nami na zabawy taneczne. Pamiętam, że kiedyś gdy Alojz już jako student przyjechał do domu na urlop, to przyjechali ubecy i przez trzy godziny go "maglowali". Nie dał się przekonać do porzucenia studiów teologicznych w Nysie. Klerycy chodzili ładnie ubrani. Brat zawsze po pobycie w domu zabierał dużo białych koszul. Często prałam je i prasowałam dla niego. Gdy miałam szesnaście lat zmarł nasz ojciec.
Po śmierci ojca jego obowiązki spadły na starszych synów. Przerwy wakacyjne Alojzy spędzał w domu rodzinnym. Był chętny do pracy fizycznej i bardzo dużo pomagał w gospodarstwie. Już jako ksiądz, Alojzy Jurczyk utrzymywał ścisły kontakt z rodzeństwem. Często ich odwiedzał i to nie tylko od święta. W czasie rodzinnych uroczystości wielokrotnie koncelebrował msze święte.








Moja opowieść

Opowieść Zbigniewa Świcarza pokazuje jak zmieniają się ludzkie losy, a działalność mieszkańców wpływa na rozwój miejscowości.



Zbigniew Świcarz – był aktywnym animatorem i społecznikiem na rzecz Boroszowa i jego mieszkańców.


Moi rodzice przybyli do Boroszowa jako osadnicy z ziemi tarnopolskiej. Otrzymali gospodarstwo rolne jednak bez budynku mieszkalnego. Zamieszkiwali w budynku wraz z rodziną Jurczyńskich i Anczurowskich. Gdy miałem 9 lat w wypadku zginął mój ojciec. Wcześnie musiałem wydorośleć. Budowę domu mieszkalnego, w którym obecnie zamieszkuje moja rodzina podjąłem sam. Wspierała mnie matka i ojczym.

W okresie mojej młodości pracy nikomu nie brakowało. Rozrywkę musieliśmy sobie organizować sami. Z okresu dzieciństwa doskonale pamiętam były park dworski, a w nim gruzy pałacyku zwanego „Villa”. W późniejszym czasie, z opowiadania starszych mieszkańców dowiedziałem się, że pałacyk został rozszabrowany, a później podpalony przez mieszkańców wsi. Wymieniano nazwisko podpalacza. Może to plotka gdyż do dziś oficjalnie nie mówi się o tym. Bywalcy pałacu rozpoznali jednak u kogoś, znajdujący się w nim wcześniej dywan. Niektórzy sugerowali, że pałac został spalony w czasie „przetaczania się frontu”. Trudno w to uwierzyć gdyż w żadnej z pobliskich miejscowości pałaców nie zniszczono.

Także z czasów dzieciństwa pamiętam, że mieszkańcy organizowali w parku imprezy rozrywkowe i taneczne. Do grona aktywnych należała moja siostra Krystyna. Także: Marcin Sołyga, Paweł Foryta, Rysiek Białkowski, Heniek Więcławik, Walek Jurczyk, nie przypominam sobie wszystkich.Wcześniej park został uporządkowany. Później trochę zaniedbano go i aleje pozarastały krzakami. Z czasem to my przejęliśmy organizację rozrywki dla mieszkańców. Ponownie zainicjowałem przywrócenie parku społeczności lokalnej. Zdecydowaliśmy, że gruzowisko po pałacu uporządkujemy. Już wcześniej część cegieł została zabrana i wykorzystana przez mieszkańców jako materiały budowlane. Gruz częściowo wykorzystano przy budowie nowej hali na terenie mieszalni pasz. Pozostałą część wrzuciliśmy do piwnic popałacowych, przez wykute w stropie otwory.

Marek Solarz z żoną Teresą, Joanna Solarz i Grażyna Sowizźral pamiętają czasy świetności parkowej estrady

Zostawiliśmy podjazd umacniając go murem od strony gdzie był pałac. Tak powstała scena. Teren po budynku wybetonowaliśmy tworząc „płytę” do tańczenia. Z boku wznieśliśmy niewielki budyneczek służący jako pomieszczenie magazynowe. Rozpoczęliśmy organizowanie dochodowych imprez, głównie zabaw. Wychodziło nam. Dochody pozwalały na finansowanie działalności Ludowego Zespołu Sportowego. Tworzyliśmy zgrany zespół w skład, którego wchodzili: Bernard Bartoszek, Janusz Stocki, Teodor Stefan, Rysiek Wrzeszcz, Bronek Pacek, Kazik Kościelny, wspomagali nas inni rówieśnicy.

Pracowaliśmy przy wznoszonej w czynie społecznym remizie strażackiej i świetlicy wiejskiej. Po zakończeniu budowy współfinansowaliśmy zakup sprzętu niezbędnego w dalszej działalności. Przenieśliśmy tam część z organizowanych imprez. Świetnie układała się współpraca z klubową Władysławą Krąpiec. Gdy my dorastaliśmy i ograniczały nas nowe obowiązki uaktywniała się grupa młodszych, liderowała im Krystyna Kajda.

Już w późniejszym okresie kiedy prowadziłem działalność gospodarczą moje społecznikowskie pasje nie pozwoliły zapominać o współmieszkańcach. Organizowałem bezpłatne festyny, sylwestrowe pokazy sztucznych ogni. Na festyny z okazji dnia dziecka zapraszałem dzieci z Państwowego Domu Dziecka w Sowczycach, przygrywała im orkiestra dęta. Sponsorowałem różne poczynania, także lokalne. 

Kiedy poproszono mnie o wykonanie tablicy informacyjne do kościoła, od razu wykonałem trzy. Dla każdego kościoła w naszej parafii. Postawiłem dwa słupy z platformami na bocianie gniazda. Bociany interesowały się tymi miejscami lecz gniazda nie wybudowały. O wielu poczynaniach nie chcę nawet wspominać. Może ludzie pamiętają je jeszcze?

Pasjonowała mnie lokalna historia. Zbierałem zdjęcia i informacje o wydarzeniach. Część zdjęć z moich zbiorów udostępniłem księdzu Bernardowi Joszce, który pisał książkę o historii naszej parafii. Ja udokumentowałem także działalność mojego zakładu „Borex” i zajazdu „Na rozdrożu”.




W dniu 28.11.1990 r. pracowałem jeszcze w mieszalni pasz. Mimo to zarejestrowałem firmę "Borex". Był to zakład stolarski wykonujący prace zlecone. Zaczęło się od produkcji drewnianych palet.




W miarę rozwoju działalności, rozbudowywałem też zakład stolarski. Ciągle był on ubogi ale podstawowa produkcja mogła być prowadzona z sukcesem.




Rozwijając działalność zakładu stolarskiego dokonywałem ciągłych modernizacji. Maszyny sprowadzałem nawet z Holandii. Cieszyłem się, Zadowoleni byli także zatrudniani u nas pracownicy. Weszliśmy w etap współpracy z renomowanym zakładem meblarskim "Kler" z Dobrodzienia.




W oddali, przed linią drzew widać plac z zaniedbanym budynkiem. Miejsce przy ruchliwej trasie świetnie nadawało się pod inwestycję.




Zakupiłem stary, znacznie zniszczony już budynek, w którym kiedyś był sklep, a jeszcze wcześniej karczma. Miałem plany! Środki finansowe nie pozwoliły mi na natychmiastowe podjęcie remontu.




Od strony zaplecza, budynek wyglądał jeszcze gorzej.




Z czasem zapadła decyzja. Remont będzie nieopłacalny.




W miejscu byłej karczmy wybudowałem więc nowy obiekt. a w nim, podjęliśmy działalność gastronomiczną. Ruszyliśmy z rozmachem.




Wizerunek Boroszowa zmienił się. Na skalę lokalną było to wydarzenie.




W dniu 30.05.1993 r. po raz pierwszy zorganizowałem festyn z okazji "Dnia dziecka". Zaprosiłem dzieci z Państwowego Domu Dziecka w Sowczycach. Dla wszystkich przygotowano poczęstunek. Uważałem, że dobrem, należy się dzielić. Któż bardziej mógł sobie na to zasłużyć? Dla mnie była to podwójna radość, w czasie trwania tej imprezy urodził się mój pierwszy wnuk Kamil.



Do zabawy przygrywała orkiestra dęta z Borek Wielkich.




Sponsorowałerm też szereg lokalnych imprez. Dziś przypominają o tym podziękowania.






W okolicznych miejscowościach kultywowana była tradycja objazdu z krzyżem.  na koniach pól i modlitwy o urodzaje, tzw. "Krzyżoki". Zaproponowałem rozszerzenie tradycji także na teren Boroszowa.




Wielkanoc 1999 r. "Krzyżoków" gościłem w swoim zajeździe. Dla wszystkich podano poczęstunek.




Sam także kupiłem sobie konia. To niezapomniany epizod w moim życiu.




W każdej wolnej chwili pomagałem w barze. Rajcowało mnie to! Szanowałem pracowników. Przyjęcia i wycieczki były formą podziękowania za ich lojalność i trud. Nie wiem czy wszyscy o tym pamiętają!




Moi pracownicy uczestniczyli w rozgrywkach "ligi zakładowej". W dniu 27.11.1997 r. wywalczyliśmy nawet puchar oleskiego burmistrza. Był to wystarczający powód do świętowania.




Z Klubem Weterani Olesno  związany jestem nadal. Przyjaźnimy się, spotykamy się by pograć w piłkę, wymienić doświadczeniami i zrobić coś dla społeczności, w której przyszło nam żyć.




Wiele w moim życiu prywatnym i zawodowym zmieniło się, Aktualnie, czasowo mieszkam i pracuję w Warszawie. Moją działalność na rzecz Boroszowa i jego mieszkańców zweryfikuje historia.

Zdjęcia z kroniki działalności rodzinnej firmy "BOREX" i zajazdu " Na rozdrożu"


Rację musi mieć żona



W 2010 roku małżonkowie Anna i Alojzy Stencel z Boroszowa otrzymali medale z okazji 55 rocznicu pożycia małżeńskiego. Uroczystości przewodniczył burmistrz Olesna Sylwester Lewicki. Nie zabrakło też księdza Bernarda Joszki, proboszcza tak szacownych jubilatów.




Anna i Alojzy Stenclowie pochodzą z Boroszowa. Uczyli się w jednej szkole. Wojna rozdzieliła ich na blisko dwa lata. Później mieszkali blisko siebie. Alojzy był coraz przystojniejszy, a już jego falista fryzura była zniewalająca. Pani Anna zakochała się z wzajemnością. Pobrali się w dniu 08 listopada 1954 roku. Uczucie było tak silne, że nawet w żartach nigdy nie powiedzieli sobie, że się rozwiodą, choć stan taki stawał się coraz modniejszy.





Na początek mieli tylko swoje ręce. Anna była jedynaczką. Rodzice kształcili ją by mogła być pomocną dla każdego z nich. Radziła więc sobie dobrze. Od dziadków otrzymała gospodarstwo. Zabudowania były „pod strzechą”. Alojzemu, praca także nie była straszna. Wybudowali nowy dom i budynki gospodarcze.




Miłość i wspólny trud, z czasem związały ich jeszcze bardziej. Wychowali także troje dzieci. Kiedy nadszedł czas, gospodarstwo przekazali synowi. Zawsze byli radośni i życzliwi dla innych. Mimo osiemdziesiątki humory nadal im dopisują. Ze zdrowiem bywa różnie. Lecz nie załamują się.










Czy jest recepta na wspólne szczęście? Pewnie jest, ale my jej nie znamy! Miłość, wiara, radość z dnia codziennego, tolerancja i ustępliwość w naszym przypadku sprawdzały się – mówi pani Anna. Potwierdza to pan Alojzy, dodając „ale ja nie miałem nic przeciwko temu by racja zawsze była po stronie żony”. Uśmiech Anny potwierdza, że tak właśnie było. Może znaczenie miało to, że Anna była nieco starsza i potrafiła odpowiednio pokierować swoim mężczyzną?




Mieszkańcy wsi już wcześniej gratulowali im i odśpiewali sto lat w zdrowiu, szczęściu, pomyślności! To oni wystąpili z inicjatywą wyróżnienia  szczęśliwych małżonków. W urzędach zapomniano już o ich jubileuszu




Dopiero w domu, na spokojnie można obejrzeć wszystkie otrzymane prezenty i zdjęcia, które przypominają o tej niepowtarzalnej uroczystości.



Chociaż dochowali się piętnaściorga wnuków i dziewięcioro prawnuków mieszkają sami. Mają dużo czasu dla siebie,  jest im dobrze i są szczęśliwi.




POWRÓT