Pogawędki

Grudzień 10, 2011Autor Administrator


Moja opowieść

Opowieść Zbigniewa Świcarza pokazuje jak zmieniają się ludzkie losy, a działalność mieszkańców wpływa na rozwój miejscowości.


Zbigniew Świcarz – był aktywnym animatorem i społecznikiem na rzecz Boroszowa i jego mieszkańców.


Moi rodzice przybyli do Boroszowa jako osadnicy z ziemi tarnopolskiej. Otrzymali gospodarstwo rolne jednak bez budynku mieszkalnego. Zamieszkiwali w budynku wraz z rodziną Jurczyńskich i Anczurowskich. Gdy miałem 9 lat w wypadku zginął mój ojciec. Wcześnie musiałem wydorośleć. Budowę domu mieszkalnego, w którym obecnie zamieszkuje moja rodzina podjąłem sam. Wspierała mnie matka i ojczym.

W okresie mojej młodości pracy nikomu nie brakowało. Rozrywkę musieliśmy sobie organizować sami. Z okresu dzieciństwa doskonale pamiętam były park dworski, a w nim gruzy pałacyku zwanego „Villa”. W późniejszym czasie, z opowiadania starszych mieszkańców dowiedziałem się, że pałacyk został rozszabrowany, a później podpalony przez mieszkańców wsi. Wymieniano nazwisko podpalacza. Może to plotka gdyż do dziś oficjalnie nie mówi się o tym. Bywalcy pałacu rozpoznali jednak u kogoś, znajdujący się w nim wcześniej dywan. Niektórzy sugerowali, że pałac został spalony w czasie „przetaczania się frontu”. Trudno w to uwierzyć gdyż w żadnej z pobliskich miejscowości pałaców nie zniszczono.

Także z czasów dzieciństwa pamiętam, że mieszkańcy organizowali w parku imprezy rozrywkowe i taneczne. Do grona aktywnych należała moja siostra Krystyna. Także: Marcin Sołyga, Paweł Foryta, Rysiek Białkowski, Heniek Więcławik, Walek Jurczyk, nie przypominam sobie wszystkich.Wcześniej park został uporządkowany. Później trochę zaniedbano go i aleje pozarastały krzakami. Z czasem to my przejęliśmy organizację rozrywki dla mieszkańców. Ponownie zainicjowałem przywrócenie parku społeczności lokalnej. Zdecydowaliśmy, że gruzowisko po pałacu uporządkujemy. Już wcześniej część cegieł została zabrana i wykorzystana przez mieszkańców jako materiały budowlane. Gruz częściowo wykorzystano przy budowie nowej hali na terenie mieszalni pasz. Pozostałą część wrzuciliśmy do piwnic popałacowych, przez wykute w stropie otwory.

Marek Solarz z żoną Teresą, Joanna Solarz i Grażyna Sowizźral pamiętają czasy świetności parkowej estrady

Zostawiliśmy podjazd umacniając go murem od strony gdzie był pałac. Tak powstała scena. Teren po budynku wybetonowaliśmy tworząc „płytę” do tańczenia. Z boku wznieśliśmy niewielki budyneczek służący jako pomieszczenie magazynowe. Rozpoczęliśmy organizowanie dochodowych imprez, głównie zabaw. Wychodziło nam. Dochody pozwalały na finansowanie działalności Ludowego Zespołu Sportowego. Tworzyliśmy zgrany zespół w skład, którego wchodzili: Bernard Bartoszek, Janusz Stocki, Teodor Stefan, Rysiek Wrzeszcz, Bronek Pacek, Kazik Kościelny, wspomagali nas inni rówieśnicy.

Pracowaliśmy przy wznoszonej w czynie społecznym remizie strażackiej i świetlicy wiejskiej. Po zakończeniu budowy współfinansowaliśmy zakup sprzętu niezbędnego w dalszej działalności. Przenieśliśmy tam część z organizowanych imprez. Świetnie układała się współpraca z klubową Władysławą Krąpiec. Gdy my dorastaliśmy i ograniczały nas nowe obowiązki uaktywniała się grupa młodszych, liderowała im Krystyna Kajda.

Już w późniejszym okresie kiedy prowadziłem działalność gospodarczą moje społecznikowskie pasje nie pozwoliły zapominać o współmieszkańcach. Organizowałem bezpłatne festyny, sylwestrowe pokazy sztucznych ogni. Na festyny z okazji dnia dziecka zapraszałem dzieci z Państwowego Domu Dziecka w Sowczycach, przygrywała im orkiestra dęta. Sponsorowałem różne poczynania, także lokalne. 

Kiedy poproszono mnie o wykonanie tablicy informacyjne do kościoła, od razu wykonałem trzy. Dla każdego kościoła w naszej parafii. Postawiłem dwa słupy z platformami na bocianie gniazda. Bociany interesowały się tymi miejscami lecz gniazda nie wybudowały. O wielu poczynaniach nie chcę nawet wspominać. Może ludzie pamiętają je jeszcze?

Pasjonowała mnie lokalna historia. Zbierałem zdjęcia i informacje o wydarzeniach. Część zdjęć z moich zbiorów udostępniłem księdzu Bernardowi Joszce, który pisał książkę o historii naszej parafii. Ja udokumentowałem także działalność mojego zakładu „Borex” i zajazdu „Na rozdrożu”.




W dniu 28.11.1990 r. pracowałem jeszcze w mieszalni pasz. Mimo to zarejestrowałem firmę "Borex". Był to zakład stolarski wykonujący prace zlecone. Zaczęło się od produkcji drewnianych palet.



W miarę rozwoju działalności, rozbudowywałem też zakład stolarski. Ciągle był on ubogi ale podstawowa produkcja mogła być prowadzona z sukcesem.



Rozwijając działalność zakładu stolarskiego dokonywałem ciągłych modernizacji. Maszyny sprowadzałem nawet z Holandii. Cieszyłem się, Zadowoleni byli także zatrudniani u nas pracownicy. Weszliśmy w etap współpracy z renomowanym zakładem meblarskim "Kler" z Dobrodzienia.



W oddali, przed linią drzew widać plac z zaniedbanym budynkiem. Miejsce przy ruchliwej trasie świetnie nadawało się pod inwestycję.



Zakupiłem stary, znacznie zniszczony już budynek, w którym kiedyś był sklep, a jeszcze wcześniej karczma. Miałem plany! Środki finansowe nie pozwoliły mi na natychmiastowe podjęcie remontu.



Od strony zaplecza, budynek wyglądał jeszcze gorzej.



Z czasem zapadła decyzja. Remont będzie nieopłacalny.



W miejscu byłej karczmy wybudowałem więc nowy obiekt. a w nim, podjęliśmy działalność gastronomiczną. Ruszyliśmy z rozmachem.



Wizerunek Boroszowa zmienił się. Na skalę lokalną było to wydarzenie.



W dniu 30.05.1993 r. po raz pierwszy zorganizowałem festyn z okazji "Dnia dziecka". Zaprosiłem dzieci z Państwowego Domu Dziecka w Sowczycach. Dla wszystkich przygotowano poczęstunek. Uważałem, że dobrem, należy się dzielić. Któż bardziej mógł sobie na to zasłużyć? Dla mnie była to podwójna radość, w czasie trwania tej imprezy urodził się mój pierwszy wnuk Kamil.



Do zabawy przygrywała orkiestra dęta z Borek Wielkich.



Sponsorowałerm też szereg lokalnych imprez. Dziś przypominają o tym podziękowania.





W okolicznych miejscowościach kultywowana była tradycja objazdu z krzyżem.  na koniach pól i modlitwy o urodzaje, tzw. "Krzyżoki". Zaproponowałem rozszerzenie tradycji także na teren Boroszowa.



Wielkanoc 1999 r. "Krzyżoków" gościłem w swoim zajeździe. Dla wszystkich podano poczęstunek.



Sam także kupiłem sobie konia. To niezapomniany epizod w moim życiu.



W każdej wolnej chwili pomagałem w barze. Rajcowało mnie to! Szanowałem pracowników. Przyjęcia i wycieczki były formą podziękowania za ich lojalność i trud. Nie wiem czy wszyscy o tym pamiętają!



Moi pracownicy uczestniczyli w rozgrywkach "ligi zakładowej". W dniu 27.11.1997 r. wywalczyliśmy nawet puchar oleskiego burmistrza. Był to wystarczający powód do świętowania.



Z Klubem Weterani Olesno  związany jestem nadal. Przyjaźnimy się, spotykamy się by pograć w piłkę, wymienić doświadczeniami i zrobić coś dla społeczności, w której przyszło nam żyć.



Wiele w moim życiu prywatnym i zawodowym zmieniło się, Aktualnie, czasowo mieszkam i pracuję w Warszawie. Moją działalność na rzecz Boroszowa i jego mieszkańców zweryfikuje historia.

Zdjęcia z kroniki działalności rodzinnej firmy "BOREX" i zajazdu " Na rozdrożu"


Rację musi mieć żona



W 2010 roku małżonkowie Anna i Alojzy Stencel z Boroszowa otrzymali medale z okazji 55 rocznicu pożycia małżeńskiego. Uroczystości przewodniczył burmistrz Olesna Sylwester Lewicki. Nie zabrakło też księdza Bernarda Joszki, proboszcza tak szacownych jubilatów.




Anna i Alojzy Stenclowie pochodzą z Boroszowa. Uczyli się w jednej szkole. Wojna rozdzieliła ich na blisko dwa lata. Później mieszkali blisko siebie. Alojzy był coraz przystojniejszy, a już jego falista fryzura była zniewalająca. Pani Anna zakochała się z wzajemnością. Pobrali się w dniu 08 grudnia 1954 roku. Uczucie było tak silne, że nawet w żartach nigdy nie powiedzieli sobie, że się rozwiodą, choć stan taki stawał się coraz modniejszy.





Na początek mieli tylko swoje ręce. Anna była jedynaczką. Rodzice kształcili ją by mogła być pomocną dla każdego z nich. Radziła więc sobie dobrze. Od dziadków otrzymała gospodarstwo. Zabudowania były „pod strzechą”. Alojzemu, praca także nie była straszna. Wybudowali nowy dom i budynki gospodarcze.




Miłość i wspólny trud, z czasem związały ich jeszcze bardziej. Wychowali także troje dzieci. Kiedy nadszedł czas, gospodarstwo przekazali synowi. Zawsze byli radośni i życzliwi dla innych. Mimo osiemdziesiątki humory nadal im dopisują. Ze zdrowiem bywa różnie. Lecz nie załamują się.










Czy jest recepta na wspólne szczęście? Pewnie jest, ale my jej nie znamy! Miłość, wiara, radość z dnia codziennego, tolerancja i ustępliwość w naszym przypadku sprawdzały się – mówi pani Anna. Potwierdza to pan Alojzy, dodając „ale ja nie miałem nic przeciwko temu by racja zawsze była po stronie żony”. Uśmiech Anny potwierdza, że tak właśnie było. Może znaczenie miało to, że Anna była nieco starsza i potrafiła odpowiednio pokierować swoim mężczyzną?




Mieszkańcy wsi już wcześniej gratulowali im i odśpiewali sto lat w zdrowiu, szczęściu, pomyślności! To oni wystąpili z inicjatywą wyróżnienia  szczęśliwych małżonków. W urzędach zapomniano już o ich jubileuszu




Dopiero w domu, na spokojnie można obejrzeć wszystkie otrzymane prezenty i zdjęcia, które przypominają o tej niepowtarzalnej uroczystości.



Chociaż dochowali się piętnaściorga wnuków i dziewięcioro prawnuków mieszkają sami. Mają dużo czasu dla siebie,  jest im dobrze i są szczęśliwi.




POWRÓT